Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 03 - Wojenne Łupy - Rozdział 15

    Gdy zapowiedziano gościa, siedziała w swoim biurze, dzieląc uwagę pomiędzy dwa ekrany czytników i ignorując jaskrawe słońce, które złociło wytworne ogrody na zewnątrz. Wyłączając sprzęt próbowała zebrać myśli i stwierdziła, że nie jest to takie proste jak katalogowanie statystycznych informacji. Poza tym wyszła z wprawy. Obce słowa i zwroty powoli do niej wracały, niewyraźne od długiego nieużywania.

    Upewniła się, czy dokładnie zamknęła za sobą drzwi biura i ruszyła korytarzem w kierunku centralnego punktu powitań. Było to najlepsze miejsce na spotkanie. Dla jej gościa korytarze uczelni mogłyby się okazać za wąskie, a sufit zbyt niski.

    Również przypadkowe spotkanie z jakimś Waisem mogłoby się okazać dla niego bardzo denerwujące w tak ciasnej przestrzeni.

    Czekał samotnie w centrum powitań, siedząc ze skrzyżowanymi nogami na okrągłej ławce dla gości. Za nim wirowały w statecznej, ciągłej procesji kropelki płynu, utrzymywane w ruchu i sterowane przez pola magnetyczne, zaprogramowane przez artystę. Błyszczące smugi omijały gałązki ślicznych kwiatów kanda, które sięgały w górę wdzięcznymi pętlami, wyrastającymi z okrągłej donicy.

    Zauważyła skryte spojrzenia, jakimi go obrzucali przechodzący Waisowie. To nie było zaskoczenie. Mahmahar leżał daleko od frontu, jeśli w ogóle można powiedzieć, że międzygwiezdny konflikt ma jakiś front, Ziemianin był rzadkością nawet w stolicy. Tutaj, w akademickim kompleksie, Ziemianie byli prawie nieznani, więc każdy, trzymając się z daleka, próbował obejrzeć niezwykłego gościa, udając, że na niego nie patrzy.

    Jednak kilku Waisów nie mogło się powstrzymać i bezwstydnie się na niego gapiło. Lale podeszła prosto do intruza z wyciągniętym skrzydłem, by uścisnąć mu dłoń. Gapie odeszli pospiesznie, zdając sobie sprawę, że uchybili grzeczności. Starali się zakryć twarze nastroszonymi piórami skrzydeł. Nie wszystkim się to udało.

    - Cieszę się, że znów cię widzę, pułkowniku Nevanie Straat-ien.

    Pamiętając, że mogłoby to wystraszyć wszystkich w pobliżu, starał się nie uśmiechać, nawet do niej.

    - Dla ciebie, szanowna historyczko, ciągle tylko Nevanie. - Wskazał ich otoczenie. Zdaje się, że spowodowałem małe zamieszanie.

    - Na tym uniwersytecie widzi się może jednego Ziemianina na rok - wyjaśniła i to głównie w administracji. Twoja obecność tutaj wywołuje taki sam efekt, jak spacer lwa, albo tygrysa po ziemiańskim przedszkolu. Bądź wyrozumiały dla moich kolegów. Fascynacja chwilowo przytłacza ich naturalną uprzejmość, nie wspominając o instynktownej panice.

    - Po pracownikach instytucji zajmującej się wyższym szkolnictwem, mógłbym oczekiwać trochę więcej tolerancji.

    - Wyższe szkolnictwo nie wyklucza obecności niższych umysłów. Jesteś obiektem zainteresowania, na jakie ich zdaniem zasługujesz. Chodźmy do mojego gabinetu. Uważaj na głowę, dalej sufit się obniża.

    Ku namacalnemu wręcz przerażeniu kilku zaszokowanych obserwatorów, ujęła go pod ramię. Musiała się przy tym trochę wyciągnąć. Dobrze, że Straat-ien był niższy od przeciętnych Ziemian, inaczej nie udałoby się jej tego dokonać. I tak górował nad wszystkimi obecnymi w sali. Wśród gapiów, większe zdziwienie, niż jej odporność na prawdziwy fizyczny kontakt, sprawił fakt, że to ona go zainicjowała.

    Doszli do biura. Pod oknem, które wychodziło na tereny wokół uniwersytetu znajdował się występ w ścianie. Rozsunąwszy doniczkowe rośliny i różne drobiazgi, by zrobić sobie miejsce, rozsiadł się wygodnie na parapecie. Mógł siedzieć tylko tam, lub na podłodze, bowiem jego ciężar zmiażdżyłby meble.

    - Zostałem w wojsku.

    - Właśnie widzę - mruknęła.

    - Nigdy nie zapomniałem o twojej hipotezie. Nie potrafiłbym, nawet gdybym chciał. Od kapitulacji Ampliturów pilnie zwracałem uwagę na ogólne wiadomości, a dodatkowo robiłem pewne próby i badania na własną rękę. Martwią mnie wnioski. - Zawahał się. - Obawiam się, że możesz mieć rację.

    Ruchem perfumowanego skrzydła wskazała ciemne ekrany.

    - Ja również nie znalazłam nic, co by zaprzeczyło mojej teorii. Ale ciągle jeszcze jest nadzieja. Indeks ogarniającej was pożogi, który wymyśliłam, od dwóch miesięcy utrzymuje się na tym samym poziomie. Może wyżej się już nie wzniesie?

    - Naprawdę w to wierzysz?

    Westchnęła, a jej otoczone gęstymi rzęsami, przejrzyste oczy spojrzały na niego.

    - Nie.

    - Ja też nie. Nie mogę, znając tak dobrze wyniki twojej pracy. Wstał, wyjął z kieszeni mały przyrząd i powoli zatoczył nim koło, odczytując wskazania instrumentu. Zadowolony, ponownie usiadł na murku.

    - Utrzymuję regularny kontakt z moją liczną rodziną. - Nie musiał tego wyjaśniać. - Wszyscy zostali zaznajomieni z twoją teorią, ale ich opinie są sprzeczne. Tak czy inaczej, niewiele mogą w tej sprawie zrobić. Jak wiesz, nie możemy wpływać na własny gatunek. Udało nam się zażegnać parę nieprzyjemnych sytuacji, czyniąc właściwe sugestie wobec nie-Ziemian. We wszystkich przypadkach chodziło o Massudów. To bardzo zły precedens. Niektórzy ludzie, z którymi wymieniłem poglądy uważają, że kilkaset lat kontaktów z Gromadą wyleczyłoby nas z tego rodzaju nieokiełznanej agresji, gdyby nie wojna.

    - Myślę tak samo odrzekła. - Jak można oczekiwać od kogoś, żeby produkował najlepszych żołnierzy w jednej chwili, a inżynierów i rolników, w następnej? Tego nie można wymagać nawet od cywilizowanej rasy, a co dopiero od Ziemian. - Zamilkła na chwilę. - Jakie są wieści od Ampliturów? Czy naprawdę są pokonani?

    - Och, na pewno są pokonani. Nie jestem tylko pewien, czy są pobici.

    - Myślałam, że całkowicie opanowałam wasz język. Wygląda na to, że się myliłam. Bądź tak dobry i wyjaśnij mi to, Nevan.

    - Dzięki mojej pozycji mam dostęp do wielkiej ilości informacji. Sądząc z pozorów, wojna jest definitywnie skończona. Ampliturowie i ich sojusznicy ciągle oddają broń do zniszczenia. Fabryki, które przez wieki ją wytwarzały, są teraz gwałtownie przestawiane na pokojową produkcję. Hivistahmowscy technicy pracują nad sposobami odwrócenia ekstensywnych, genetycznych manipulacji, które Ampliturowie przeprowadzali na takich rasach, jak Mazvekowie. Dopuszczono zespoły inspektorów Gromady do ich rodzimych planet.

    - A co z ich wielkim i wspaniałym Celem?

    - Ciągle go propagują, ale tylko ustnie. Mówią, że wyrzekli się używania swoich niezwykłych, umysłowych możliwości do manipulowania innymi.

    - To nie ma znaczenia - mruknęła. - Takie rzeczy można sprawdzić i Ampliturowie o tym wiedzą. Poza tym, oni nigdy nie kłamią. Zapatrzyła się na rozświetlone niebo na zewnątrz.

    - Mamy takie stare przysłowie, że na wszystko przychodzi kiedyś pierwszy raz. Znaczy to, że wielu z nas im nie ufa.

    - Ale Ziemianie nie ufają nikomu - przypomniała mu. - Również sobie nawzajem. Biorąc pod uwagę waszą historię, nie może być inaczej. Dlatego tak się zawsze interesowałam tym, co robią twoi ludzie. Obserwowanie machinacji Ampliturów zostawiam innym. Martwi mnie rodzaj ludzki. A teraz, gdy skończyła się wojna, bardziej, niż kiedykolwiek. Pytanie brzmi: czy ludzie potrafią sami przezwyciężyć setki lat nacisków Gromady i tysiące lat zachwianej ewolucji socjalnej i zbudować prawdziwie cywilizowane społeczeństwo?

    - I obalić twoje hipotezy - wymamrotał. - I pomyśleć, że William Dulac pierwszy, który się z wami skontaktował uważał, że nie byliśmy wystarczająco wojowniczy, by wam pomóc w wojnie!

    - A jednak sam został w końcu żołnierzem - przypomniała mu.

    - W pewnym sensie. Gromada postarała się, by większość Willów Dulaców wypleniono ze społeczeństwa. Teraz wszyscy, Ziemianie i nie-Ziemianie, musimy wspólnie poradzić sobie z konsekwencjami.

    Wstał i zaczął chodzić po małym pokoju. Każdego innego Waisa przestraszyłby gwałtownością i bezcelowością tej czynności. Na historyczkę Lalelelang to nie działało. W dawnych czasach przywykła do jego sposobu zachowania.

    Zatrzymał się i oparł o jej ścienny wyświetlacz.

    - Rozmawiałem z przyjaciółmi i wysunęliśmy swoje własne hipotezy. Ampliturowie znani są z cierpliwości bardziej, niż z czegokolwiek innego. Oni myślą w kategoriach setek lat, a nie w dekadach. A jeśli oni wpadli na ten sam pomysł, co ty?

    - Co masz na myśli?

    - Załóżmy, że doszli do wniosku, iż nie mogą pokonać Gromady. Wiedzeli, że przegrają, jeszcze zanim przygotowano atak na ich planety. A jeśli zaplanowali kapitulację, jako swoją ostatnią niespodziankę?

    - Jeśli tak było, to muszę powiedzieć, że się im udało.

    - Może tu chodzi o coś innego? Powiedzmy, iż uznali, że nie mogą nas, to znaczy sił, którym przewodzili Ziemianie, pokonać. A więc decydują się ocalić swoje planety, podstawę ich władzy i siebie samych, wycofać się i wykorzystując tę swoją nieskończoną cierpliwość, czekać z nadzieją, że w końcu to my odwalimy za nich brudną robotę?

    - Wy? - Zamilkła na długą chwilę, z na wpół przymkniętymi oczyma i rozchylonym dziobem. - Rozumiem. Oni sami nic nie będą robić, wierząc, że wasz gatunek zniszczy Gromadę.

    - To jest oczywiste, a co jest oczywiste dla mnie i dla moich przyjaciół, musi być takie same dla, na przykład, Hivistahmów. Myślę, że S'vanowie mogliby podjąć odpowiednie kroki, by zapobiec urośnięciu konfliktu Ziemianie-Gromada do niebezpiecznych rozmiarów. Nie, myślę, że Ampliturowie mają nadzieję, iż Gromada nadal będzie nas unikać na gruncie socjalnym i maksymalnie izolować od głównego nurtu galaktycznej cywilizacji. Jeśli tak się stanie, mój gatunek będzie zmuszony ponownie zamknąć się w sobie. Rezultat będzie taki, że członkowie gromady będą bezpieczni, ale my, Ziemianie, powrócimy do walk pomiędzy sobą, jak to czyniliśmy przed kontaktem z Gromadą. W wyniku tego, Gromada zazna setek, może tysięcy lat pokóju. W międzyczasie my sami osłabimy się do takiego stopnia, że nie będziemy się już liczyć w żadnym międzygwiezdnym konflikcie. I wtedy cierpliwość Ampliturów odniesie sukces, podejmą swe dążenia do dominacji poprzez Cel.

    Zastanowiła się.

    - Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, skoro Ampliturowie nie mogą teraz wszcząć wojny?

    - Oczywiście. Jeśli rasa Ziemian sama siebie zniszczy, będzie to oznaczało, że gdy Gromada i Ampliturowie znów podejmą prastary konflikt, będą mieli równe szansę. Teraz, gdy wojna jest skończona, społeczności Gromady przestawią się na całkowicie "cywilizowane" postępowanie. Wasi właśni współbracia nie pozwolą wam utrzymywać stałych sił zbrojnych, gdy nie ma już dłużej zapotrzebowania. Massudzi już zaczęli się zawzięcie rozbrajać. Wszystko zacznie się od nowa. Długo po tym, jak ty i ja obrócimy się w proch, rozpocznie się kolejna wielka wojna, tyle, że następnym razem nie będzie świata pełnego urodzonych wojowników, czekających gdzieś tam, by Gromada poprosiła ich o pomoc. W tej sytuacji Ampliturowie będą najlepszymi żołnierzami na świecie.

    Wykonała gest zrozumienia.

    - A więc jest tylko jedno rozwiązanie: rodzaj ludzki musi być wprowadzony w główny nurt Rozwoju Gromady. Wasza agresja powinna zostać skierowana na inne dziedziny, niż walka. Pozostając sobą, musicie się jakoś ucywilizować. - Kiwała się i podskakiwała wymownie. - Większość moich kolegów uznałoby to za niemożliwe.

    - Nie jestem pewien, czy się z nimi nie zgodzić - przyznał się z nieszczęśliwą miną Straat-ien. - To oznacza nie tylko zniwelowanie uwarunkowania ostatnich setek lat, ale również poprzednich kilku tysięcy, gdy Ziemia była tylko odizolowanym zaułkiem we wszechświecie. Mówimy tu o psychologicznej korekcie na kolosalną skalę.

    - O czymś takim jak terapia gatunkowa - zgodziła się Lalelelang.

    - Wiem jedno. Nie możemy tego zrobić bez pomocy z zewnątrz, bez asysty Waisów, S'vanów i całej reszty. Jeśli nas odtrącicie i zignorujecie ze strachu, czy niechęci, jest duża szansa, że sami siebie zniszczymy. Jeśli tak się stanie, wy znów będziecie musieli zmierzyć się z Ampliturami. Nas, biednych, głupich, samobójczych Ziemian nie będzie w pobliżu, by was ocalić. Myślę, że kałamamice na to właśnie liczą, to było prawdziwą przyczyną ich nagłej kapitulacji.

    Nie była optymistką:

    - Przekonać, na przykład Waisów, by zaangażowali się w sprawy Ziemian będzie bardzo trudno. Ja znam tylko kilku, którzy mogliby się odważyć.

    - To byłby początek - zachęcająco powiedział Straat-ien.

    - Skromna grupa, zorganizowana w akademickim środowisku, z którą można by zacząć. - Zaczynała się zapalać do tego pomysłu. - Oddana sprawie pogłębiania stosunków Ziemianie-Gromada. To jest możliwe. - Popatrzyła na niego. - Będą opory, może nawet czynna niechęć.

    - I tu właśnie Kadra mogłaby pomóc. - Zatrzymał się. - Mówiono mi, że Ampliturowie kochają gry. Spośród tych wszystkich, w które grali, ta jest prawdopodobnie najbardziej skomplikowana i długofalowa. Z pewnością nigdy nie było tak wysokiej stawki. Mamy jeden wielki atut. Nie sądzę, żeby przewidywali, że ktoś może ich rozszyfrować po wstępnych ruchach, a tym bardziej ubiec. Stało się to tylko dzięki tobie i twojej pracy, Lalelelang.

    - Jeśli pójdziemy tą drogą, będziemy nieświadomi ewentualnego wyniku - przypomniała. - Jak sam zauważyłeś, my obrócimy się w proch.

    Nagle ożywiony energicznie pokiwał głową. To był wspaniały i przerażający widok.

    - Wiem. Ale jeśli nam się uda, będzie to oznaczało, że nasi bardzo odlegli potomkowie będą mogli popatrzeć kiedyś Ampliturom w ich tajemnicze oczy i uśmiechnąć się, wiedząc o wszystkim.

    Był to obraz, który napełnił ją niesmakiem:

    - Mów za swoje własne potomstwo, Nevanie Straat-ien.



Strona główna     Indeks